• Autor:Maria Kądzielska

Chiny chcą usunąć ładowanie samochodów

Dodano:
Samochód elektryczny, zdjęcie ilustracyjne Źródło: Unsplash
TERAZ AZJA | Gdy Zachód spiera się, czy elektryk powinien ładować się 10 czy 20 minut, Chińczycy uznali, że to źle postawione pytanie. I postanowili całkowicie wyeliminować ładowanie. Stoi za tym jeden z najciekawszych projektów infrastrukturalnych ostatnich lat, który na Zachodzie przeszedł niemal bez echa.

Nazywa się Choco-Swap, czyli „czekoladowa wymiana”. Brzmi jak nazwa batonika, a w rzeczywistości jest planem przebudowy sposobu, w jaki tankuje się samochody w najludniejszym kraju świata. Za projektem stoi CATL, firma, której nazwy poza branżą prawie nikt nie kojarzy, choć powinna być odmieniana przez wszystkie przypadki.

Gigant, o którym Zachód nie chce pamiętać

CATL (Contemporary Amperex Technology Co. Limited) powstał dopiero w 2011 roku w mieście Ningde w prowincji Fujian. W ciągu kilkunastu lat stał się największym na świecie producentem akumulatorów do samochodów elektrycznych i magazynów energii. Skala jest trudna do pojęcia. Tylko w 2025 roku CATL dostarczył ogniwa o łącznej pojemności 464,7 GWh, co dało mu 39,2 proc. globalnego rynku baterii trakcyjnych. To jedyny producent na świecie z udziałem powyżej 30 proc. Innymi słowy: w ponad co trzecim elektryku na planecie bije serce z Ningde.

Wśród klientów CATL są Tesla, BMW, Mercedes, Volkswagen, Ford i Toyota, a do tego cała plejada chińskich marek. To trochę tak, jakby jedna firma produkowała większość silników dla globalnej motoryzacji. Tyle tylko, że ta firma jest chińska, a my wolimy o tym zapomnieć.

Sto sekund zamiast pół godziny

Pomysł na wymianę baterii zamiast ładowania nie jest nowy. Tesla pokazała taką technologię już w 2013 roku i szybko ją porzuciła. W Chinach pionierem było NIO, które od 2018 roku zbudowało około 3,5 tysiąca stacji. Problem NIO był jednak fundamentalny: ich stacje obsługiwały wyłącznie ich własne, nieliczne modele. Świetna technologia uwięziona w zamkniętym ogródku. NIO próbowało wyjść z tym modelem także za granicę. Ma już ponad 60 stacji w Europie, głównie w Niemczech i Norwegii, ale skala pozostaje niewielka, a koszt budowy całej sieci samodzielnie okazał się przytłaczający.

CATL próbuje zrobić coś dokładnie odwrotnego. Zamiast wiązać wymianę z jedną marką, stworzył dwa znormalizowane pakiety baterii i nazwał je, z chińskim poczuciem humoru: #20 i #25. Dokładnie tak, jak benzyna w Chinach sprzedawana jest jako #92, #95 i #98. Pakiet #20 to chemia LFP, około 500 km zasięgu w cyklu CLTC dla mniejszych aut; #25 to ogniwa NMC i nawet 600 km dla większych. Pomysł jest prosty: tak jak nie zastanawiasz się, czyją benzynę wlewasz, tak nie masz się zastanawiać, czyją baterię wkładasz.

Sama wymiana trwa około 100 sekund. Na pokazach CATL schodził nawet poniżej 80 sekund, a kierowca przez cały czas pozostaje w aucie. To mniej, niż zajmuje zatankowanie wielu samochodów spalinowych. Producent deklaruje skuteczność operacji na poziomie 99,99 proc. Jedna stacja mieści od 14 do 30 pakietów i może wykonać do 822 wymian dziennie. Koszt w modelu abonamentowym to około 0,1 juana za kilometr, czyli równowartość kilku groszy.

Tempo, które robi wrażenie

Liczby rosną w tempie, do jakiego Europa nie jest przyzwyczajona. Jeszcze w październiku 2025 roku sieć liczyła 700 stacji w 39 miastach. Tysięczną otwarto pod koniec roku w Nanchangu. W kwietniu 2026 roku, na firmowym Super Tech Day, CATL podał liczbę 1470 stacji w 99 miastach, a do końca 2026 roku zapowiedział aż 4000 zintegrowanych punktów ładowania i wymiany w niemal 190 miastach. Cel długoterminowy to 30 tysięcy stacji, a do 2028 roku nawet ponad 100 tysięcy punktów uzupełniania energii. Firma chwali się, że potrafi wybrać lokalizację, uzyskać pozwolenia i postawić stację w ciągu miesiąca. Sieć sięga już Lhasy w Tybecie i Hulunbuiru na północy, przy granicy z Mongolią.

Najmocniejszym posunięciem był jednak podpisany w kwietniu 2025 roku alians z Sinopekiem, czyli największą siecią stacji paliw w Chinach, dysponującą około 30 tysiącami punktów w całym kraju. Obie firmy zapowiedziały budowę 10 tysięcy stacji wymiany baterii, z czego pierwsze 500 miało powstać już w 2025 roku. To naftowy gigant z epoki spalinowej, który dobrowolnie pomaga budować infrastrukturę mającą go z czasem wypchnąć z rynku. Trudno o lepszy symbol determinacji Pekinu.

Nie chodzi o stacje. Chodzi o samochody

Prawdziwym testem nie jest jednak liczba stacji, lecz liczba aut, które będą z nich korzystać. To na tym poległo NIO. CATL postawił więc na ekosystem: do projektu dołączyli najwięksi chińscy producenci: Changan, GAC (z marką Aion), BAIC (Arcfox), SAIC, a także FAW, Wuling, Hongqi i samo NIO. W kwietniu 2026 roku CATL mówił już o 11 producentach, 18 markach i 25 modelach. GAC Aion wprowadził wersję modelu RT z 99-sekundową wymianą, BAIC szykuje sedana w standardzie Choco-SEB.

Dla przeciętnego kierowcy, który ładuje auto w nocy, szybkie ładowarki 5C czy 6C zapewne wystarczą. Ale dla taksówek, kierowców Didi i Ubera, kurierów, flot logistycznych i ciężarówek każde dwadzieścia minut postoju to utracone pieniądze. Tutaj sto sekund robi wielką różnicę. CATL ma na to osobny program dla ciężkiego transportu pod nazwą” Qiji Energy. Firma zapowiada 900 stacji dla ciężarówek do 2026 roku oraz pokrycie 80 proc. krajowej sieci autostrad do 2030 roku. Na trasie Szanghaj-Ningbo, liczącej 400 km, elektryczna ciężarówka z wymianą baterii ma być o 0,8 juana na kilometr tańsza w eksploatacji od diesla.

Najsprytniejsze jest to, czego nie widać

A teraz część, która z lokalnego pomysłu motoryzacyjnego czyni z tego tematu projekt o znaczeniu strategicznym. Stacje Choco-Swap to nie są zwykłe „dystrybutory baterii”. CATL projektuje je jako elementy systemu energetycznego kraju: magazyny energii, punkty ładowania, ogniwa stabilizujące sieć i lokalne mikrosieci zasilane fotowoltaiką.

Logika jest następująca: w każdej stacji leży kilkadziesiąt naładowanych pakietów. To gotowy, rozproszony magazyn prądu. Baterie ładują się w godzinach, gdy energia jest tania i zielona, a w razie potrzeby mogą oddać prąd z powrotem do sieci (technologia B2G/V2G), pomagając wygładzać szczyty zapotrzebowania i regulować częstotliwość. CATL szacuje, że docelowe 30 tysięcy stacji byłoby w stanie zmagazynować około 33,6 mln kWh, a wraz z obsługiwanymi przez nie 20 milionami pojazdów, nawet 1,12 mld kWh. Całością zarządzałaby chmurowa platforma dyspozytorska pełniąca rolę „mózgu”. Każda stacja staje się więc jednocześnie częścią krajowej infrastruktury energetycznej, czyli wirtualną elektrownią rozsianą po całych Chinach.

Zachód liczy minuty, Chiny budują system

To jest sedno sprawy. Na Zachodzie debata o elektromobilności wciąż kręci się wokół jednego pytania: jak skrócić czas ładowania. Chiny najwyraźniej uznały, że to ślepa uliczka, i zamiast skracać ładowanie, postanowiły je wyeliminować, a przy okazji wpiąć cały ten system w sieć energetyczną państwa.

Robin Zeng, założyciel CATL, przewiduje, że do 2030 roku wymiana baterii, ładowanie domowe i ładowanie publiczne będą po równo, po jednej trzeciej, pokrywać zapotrzebowanie kierowców. Czy mu się uda? Wcale nie jest to przesądzone. Przykład NIO uczy pokory, a fast-charging też nie stoi w miejscu. Ale warto zauważyć różnicę w skali ambicji. My zastanawiamy się, czy auto naładuje się w dziesięć czy dwadzieścia minut. Oni budują sieć, w której dla taksówki, kuriera i ciężarówki czas znów stanie się pieniądzem, a dla państwa tysiącami rozproszonych magazynów energii.

To nie jest historia o samochodach. To historia o tym, kto będzie kontrolował infrastrukturę energetyczną nadchodzącej dekady. I póki co, w tym wyścigu prowadzą ci, których nazwy nie potrafimy nawet poprawnie wymówić.

Źródło: DoRzeczy.pl
Polecamy
Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...

Proszę czekać ...